piątek, 21 września 2018

epilog

Dla Was — tych, którzy wiernie śledzili tę historię.
Dziękuję.

Były dwie siostry: Noc i Śmierć,
Śmierć większa, a Noc mniejsza,
Noc była piękna jak sen, a Śmierć,
Śmierć była jeszcze piękniejsza.
— Konstanty Ildefons Gałczyński


C i s z a.
Żaden odgłos jej nie zagłuszał. Trwała nieprzerwanie, zupełnie niewzruszenie. Chłonęła wszystko — zupełnie jakby była tu na długo przed wszystkimi. Zawsze. Trwoniła więc bez ustanku, aż strwoni wszystko. I nie zostanie już nic. Niemniej lśniła pięknem. Dzikim żarem, przebijającym się przez towarzyszącą jej Ciemność — rozległą, przerażającą. Jakby wieczną. A wśród Ciszy i Ciemności znalazła się ona. Zupełnie osamotniona. Wtedy Ciemność p r z e m i n ę ł a.
Śniła?
Widziała góry, najwyższe szczyty. Pokryte bielą, tak piękną, chyba nawet miękką, być może mroźną. I rzeki, tak spokojne i wzburzone; o ulotnej stabilności niby chmury, słońce, księżyc i gwiazdy, doglądające pięknych krain. Cudowność chwili przeważyła nad rozsądkiem, absorbując bez końca. Świat wymalowany spokojem i słodyczą przyciągał. Wołał, nawet po imieniu. Oddawała mu się w pełni, czując błogość.
Przez Ciszę przebijały się głosy. Dziesiątki głosów. Jakieś zdania, właściwie to słowa. Niegłośne. Szepty.
Nie była sama.
Obietnica idylli wabiła zwinnie, niemal śpieszyła ku niej. Euforia osaczała. Smutki przeminęły, a Cisza już całkiem odeszła. Teraz echem brzmiało jedynie jej imię.
Sakura.
Przepełnione tchnieniem żywszym niż miłość, silniejszym niż więź, magiczniejszym niż miliony gwiazd. I nawet one nigdy tak cudownie nie wołały.
Przybyła Światłość i już nic nie było takie jak wcześniej. Blask rozproszył cudowny widok, przegonił go prędko. A w samym źródle ujrzała najpiękniejszą twarz.
Ponownie zapadła C i s z a.

Zatęsknią?

K O N I E C


Od autorki: Liczę na to, że wybaczycie mi tak krótki epilog, ale dłuższy nie miałby sensu. Przyznam, że ta historia w ostatnim czasie stała się dla mnie czymś ważnym. Zdaję sobie sprawę, że fabuła nie należała do tych porywających, ale od początku nie miała taka być. Celem było zwrócenie uwagi na coś znacznie ważniejszego — na wartości w życiu, które sami ustalamy. Przychodzimy na świat i nie wiemy, ile czasu nam podarowano. Nie wiemy, kiedy pożegnamy się z tym — bądź co bądź — pięknym miejscem. Sakura wiedziała, dlatego miała szansę dokończyć to, co liczyło się dla niej najbardziej. Dlatego tutaj moja prośba do Was wszystkich: korzystajcie z życia. Poświęcajcie się wszystkiemu, co zajmuje ważne miejsce w Waszych sercach.
Zapewne część z Was zada sobie pytania odnośnie pewnych aspektów tej fabuły. Nie bez powodu pozostawiłam niektóre sprawy w stanie otwartym. Kiedy odchodzimy z tego świata, życie innych ludzi toczy się dalej. I jest wiele rzeczy, na które nigdy nie poznamy odpowiedzi, dlatego warto dobrze przewartościować swoje priorytety i korzystać z czasu, który nam podarowano.
Dziękuję Aerix, która pomagała w budowaniu fabuły, a także nauczyła mnie wielu ważnych rzeczy odnośnie tworzenia historii. Dziękuję Kejży, która dzielnie przedzierała się przez kolejne zdania, wyłapując wszelkie błędy. Dziękuję również Sasame oraz Sheeiren, które po prostu są. Nawet nie wiecie, jak Wasza obecność podnosi na duchu i jakiego daje kopa do działania!
Dziękuję także Wam — wszystkim, którzy śledzili to opowiadanie. Zarówno tym, którzy gdzieś tam się pojawili i zniknęli, jak i tym, którzy zostali do samego końca. Komentującym, obserwującym, a także tym cichym. Bo to właśnie dla Was mogę pisać i dzięki temu znajduję w sobie siłę.
Tym akcentem żegnam Sześć godzin i ślę całusy wszystkim! ♥

piątek, 14 września 2018

szósta godzina


Ogromnie boli myśl o chwili,
w której nie będzie już następnych dni.
— Jostein Gaarder


Cała dygotała. Myśl o miłości na wyciągnięcie ręki, miłości stojącej tuż przed nią, tak blisko, bliziutko jak nigdy dotąd, była piękna. Ale myśl o miłości, która za godzinę miała odejść wraz z nią, brutalnie przywracała do rzeczywistości. Cięła niczym najostrzejsze słowa, gwałtownie uświadamiające nieuniknioną stratę; to, co jeszcze nie nadeszło.
Ale nie mogła tego wiedzieć. Nie mogła być pewna, choć widziała wyraźnie: posłankę bogini Shi odzianą w najczarniejsze szaty, wiecznie dzierżącą narzędzie żniw oraz cicho tykający zegarek, trzymany w kościstej, chłodnej dłoni.
Tik-tak. Tik-tak. Tik-tak.
Upiór w najprawdziwszej postaci. Cierpliwie czekał. O d l i c z a ł. Owiany mrokiem, tajemnicą... samotnością? Czy Śmierć czuła się samotnie, kiedy po dotknięciu kogokolwiek zabierała duszę wprost do Krainy Umarłych? Czy Śmierć znała Życie? Miłość?
Jesteś przemoczona.
Słowa Sasuke dotarły do niej z opóźnieniem. Cały czas uporczywie wpatrywała się w zaciemniony kąt pokoju, początkowo niepewna tego, czy ktoś trzeci nie zamierza podsłuchiwać tę intymną dla Sakury rozmowę.
Bo pada — wydukała w końcu. Szybko uświadomiła sobie swoją głupotę; posiadłość wyposażono przecież w okna, wobec tego pogoda była jak najbardziej widoczna.
Dlaczego nie wzięłaś ze sobą parasolki?
Nie pomyślałam, zapomniałam. Spieszyłam się. — Delikatne rumieńce oblały twarz dziewczyny. — Tak chciałam z tobą porozmawiać zanim... Już ci mówiłam; tęskniłam.
Nieśmało przeniosła spojrzenie na ukochanego. Nawet nie mogła wyobrazić sobie, co siedziało wewnątrz niego, kiedy niemal pochłaniał ją wzrokiem. Jego twarz pozostawała bez wyrazu.
Wiem.
Jedna myśl, która niespodziewanie wybiła się z głębi głowy Sakury, niemal ją spiorunowała. Chęć wypowiedzenia tych słów na głos dosłownie przyprawiała o mdłości, a serce dziewczyny jakby podeszło do gardła.
Kocham cię, Sasuke-kun — wypaliła szybko, głośno, zarazem stawiając krok. Jej oddech przyspieszył; stres dał o sobie znać. Skręcało ją w żołądku. — Kocham cię. Nawet nie wiesz, jak bardzo. Czekałam, cały czas czekałam. Tak strasznie żałuję, że...
Dlatego trzymałem się z daleka — wciął się. — A ty z tym swoim głupim uporem próbowałaś dalej. Tak, to prawda. Naruto o wszystkim mi powiedział. O truciźnie.
Czuła łzy pod powiekami.
Zdawał sobie sprawę z tego, że nie zostało jej wiele czasu, a mimo to...
Dlaczego? — Głos Haruno załamał się. Nie potrafiła opanować tego, co wewnątrz niej tworzyło istną burzę.
Przecież wiesz — odpowiedział nijako; a Sakura nie lubiła takich odpowiedzi. Posłała mu zirytowane spojrzenie spod zmarszczonych brwi. — Już raz mówiłem o tym młotkowi. Nie chcę patrzeć, jak moi bliscy umierają.
Nastała cisza, w której oboje kontemplowali rzucone z zadziwiającą łatwością słowa. Słowa dla Sakury będące czymś ważnym, w wykonaniu Sasuke aż nazbyt osobiste. Do pokoju przez uchylone okno wdarł się wiatr; poniósł niegłośny szloch dziewczyny, tonący wśród odgłosu deszczu.
Od wielu pokoleń zapominano o bogach, którzy podarowali życie, świat i miłość. W takiej chwili dla Sakury Haruno stawało się to zrozumiałe — ponieważ bogowie również odbierali. Z jakiego powodu, jeżeli wiedzieli czym była s t r a t a, znali ją, obserwowali? Dlaczego pozwalali ludziom na jej poznawanie i odczuwanie?
Sasuke-kun... Tak właściwie to chciałam cię o coś poprosić — zaczęła, z pozoru pozbawiona pewności siebie. Być może w istocie tak było, lecz wciąż odnajdowała w sobie jej pokłady i nie omieszkała z nich skorzystać. — Zostań w wiosce. Albo przynajmniej wróć, ale już na stałe. Tu nadal jest Naruto i on również czeka, a Konoha to twój dom. To miejsce zawsze będzie stało dla ciebie otworem. I ty go potrzebujesz. Tego ciepła; rodziny, którą tworzą bliskie osoby.
Nie odpowiedział. Zamiast tego spuścił wzrok, jakby nie potrafił dźwignąć jej zdeterminowanego spojrzenia. Obserwowała go uważnie, zapamiętywała każdy szczegół — roztargane, czarne włosy; przebiegającą między brwiami zmarszczkę; zaciśnięte usta; kontrastującą z ciemnym ubraniem cerę — ale nie dopatrzyła się potwierdzenia. Może po prostu nie obeszła go jej prośba, ale nie chciał tego okazać?
Niemniej patrzyła na niego dalej, bo nie wyobrażała sobie odejść bez jego obrazu przed oczyma; bez obrazu długo wyczekiwanej miłości. Bała się wyobrażenia o śmierci, ale jeżeli w Krainie Umarłych miała zachować pełną świadomość, chciała go pamiętać i kochać przez wieki.
Wtedy naszedł ją pomysł; szalony i niedorzeczny — głośno wołające pragnienie, tak dawno uśpione i odrzucone. Wraz z nim czaiły się wątpliwości, ale chęć poczucia tego, o czym od lat marzyła, okazała się silna. Zbyt silna w obliczu ostatniej, niepełnej już godziny, która jej została.
M-mogę prosić cię o jeszcze jedną rzecz? — Spojrzenie Sakury stało się rozbiegane, a na jej policzki wtargnęły ogromne rumieńce, większe niż dotychczas. Wtedy Sasuke wbił w nią ciemne jak noc oczy. Czuła, że brakowało jej powietrza. — Pocałuj mnie.
Haruno umknęło zmieszanie na twarzy chłopaka. Sama przez parę sekund nie mogła wyjść z podziwu i nie wierzyła, że w ogóle te słowa opuściły jej krtań. Czuła uginające się kolana i wstyd, który wtargnął nieproszony do jej umysłu. Wystarczyła chwila, aby kunoichi zrozumiała, jak absurdalne było takie posunięcie. Usłyszała skrzypnięcie podłogi i niemal zapadła się pod ziemię.
Zrobił to.
Stali razem, we dwoje, blisko jak nigdy, spowici półmrokiem pochmurnego popołudnia. Całował ją — tak, jakby próbował coś przez to powiedzieć. Całował ją — tak, jakby robił to codziennie, zupełnie swobodnie, tak zwyczajnie. Całował ją — tak, jakby miała zaraz przeminąć, rozpłynąć się i już nie powrócić, właściwie tylko muskał jej usta, delikatnie i ostrożnie.
I przestał. Powoli odsunął twarz, a Sakura aż jęknęła, kiedy nie czuła już jego warg na swoich. Dopiero wtedy poczuła, że jego ręka obejmowała ją w talii i niespodziewanie poczuła znajome, przyjemne mrowienie w podbrzuszu — to, które nieraz towarzyszyło jej, gdy myślała o Sasuke.
Z tych ubrań aż kapie. Zdejmij je.
Nie musiał powtarzać; nieśpiesznie sięgnęła suwak i rozpięła bluzę. Zsunęła ją z wilgotnych ramion, a ta z ciężkością opadła na podłogę. Wtedy uwagę Sakury przykuły palce Uchihy, podciągające jej koszulkę do góry.
To był moment.
Dreszcz podniecenia przeszył ich oboje, kiedy pozbawił dziewczynę bluzki i wpił się w jej usta, tym razem mocno, wręcz brutalnie. Zajęczała, przyciśnięta do ciała Sasuke. Ręce zarzuciła na jego szyję. Chciała czuć tę bliskość, o której od tak dawna śniła; miłość, na którą czekała przez lata. Westchnienia Sakury niosły się wokół, kiedy dłoń ukochanego sunęła po jej ramionach, talii, udach, rozpalając do granic. Ekscytacja narastała, tłumiąc początkowe skrępowanie. Uchiha przygryzł wargę dziewczyny, ciągnąc za nią delikatnie, a następnie zszedł żarliwymi pocałunkami na szyję, znacząc poszczególne skrawki skóry.
Pragnęła w i ę c e j.
Płaszcz mężczyzny zsunął się z szerokich ramion, aby po chwili spocząć na ciemnych panelach. Sasuke raz jeszcze musnął wargi Sakury. Później ich oczy spotkały się. Dziewczyna przez zaledwie sekundę mogła uchwycić pożądanie w czarnych tęczówkach, zanim szybko pchnął ją na łóżko. Zamruczała, kiedy pochylił się nad nią, spragniony jej ust.
Tak bardzo tęskniłam — szeptała w przerwach od mokrych, palących pocałunków. Nie od razu spostrzegła, że silna dłoń sprawnie rozpięła jej spodnie, a następnie zsunęła je z bioder. Nie pozostała dłużna; natychmiast sięgnęła koszulę Uchihy, podciągnęła i rzuciła gdzieś w kąt. Czuła jego palce kreślące okręgi po wewnętrznej stronie ud i niemal zawirowało w jej głowie, gdy otarły się o wrażliwsze miejsce. Cicho jęknęła.
Chciała, aby ta chwila trwała w i e c z n o ś ć. Aby mogli powtarzać to zawsze, kiedy mieliby na to ochotę. Chciała obdarowywać go miłością przez resztę lat, trzymać w ramionach, nie puszczać i nie myśleć o Śmierci czającej się nieopodal.
Tik-tak. Tik-tak. Tik-tak.
K o c h a ł a  g o.
Sasuke przejechał językiem wzdłuż szyi Sakury, kończąc wędrówkę między jej piersiami. Pozostawił na nich czerwone ślady, które zakrył dłonią, masując biust dziewczyny. W tym samym momencie wcisnął nogę między jej uda i nieśpiesznie otarł się o krocze. Haruno, odchyliwszy głowę, gwałtownie wciągnęła powietrze. W pokoju rozlegały się coraz głośniejsze westchnięcia.
Drżeli z podniecenia, ich serca biły szybko, byli spragnieni siebie.
Jednym ruchem rozpiął stanik Sakury, a ta drgnęła, wciąż odurzona pieszczotami. Rumieniec na twarzy dziewczyny powiększył się, kiedy została w samych figach.
Spokojnie — usłyszała kojący głos; ukochany, czuły. Pełen żądzy.
W końcu się przemogła i ręką sięgnęła ku rozporkowi Sasuke. Również jego spodnie szybko wylądowały na podłodze, a kiedy poczuła palce chłopaka w swojej bieliźnie, głośno zajęczała. Mrowienie w podbrzuszu Sakury wzmogło się, przyprawiając ją o gęsią skórkę. Niemal poderwała się z miejsca, kiedy zorientowała się, że jej dłoń sunęła po nabrzmiałym penisie Uchihy.
Tak dobrze. Tak c u d o w n i e.
Przygryzła wargi, kiedy w końcu zsunął z niej ostatnią część garderoby. Szybko pozbył jej również siebie.
Jesteś pewna?
Zostało jej już zdecydowanie mniej czasu niż godzina. Z trudem powstrzymała się, żeby nie zerknąć na tykający zegarek; nie chciała wiedzieć, ile minut miała.
Tak niewiele.
Na wszystko.
Na miłość. Na niego. Na nich razem.
Zdecydowana, przepełniona najsilniejszym uczuciem, pokiwała głową. Ze stresem przełknęła ślinę, nim rozsunął jej nogi. Wciąż oszołomiona, czekała na niego zniecierpliwiona, a przecież była naga — pierwszy raz w życiu w całej okazałości przed mężczyzną.
A jeśli zrobię coś nie tak?
B-będzie bolało?
Poczuła dotyk jego dłoni między udami.
Prawdopodobnie.
Zagłuszyła myśli głośnym jękiem, w chwili, w której wszedł nią, delikatnie, starając się zachować ostrożność. Czujnym okiem obserwował reakcję dziewczyny.
Bolało. Cholernie, ale dla Sakury pozostawało to bez znaczenia; tak bardzo kochała Sasuke, chciała być jego, tylko i wyłącznie, już na z a w s z e. Zacisnęła pięść na pościeli, czując go w sobie, czując powolne, zmysłowe ruchy. Żar rozsadzał ją od środka, gdy całowała go namiętnie i łapczywie. Przyśpieszyli, kiedy ból zmalał, a jęki i westchnienia coraz bardziej wypełniały sypialnię. Krew burzyła się w ich żyłach, gotowała, a fala ekstazy zalała ich ciała. Nie trwało to długo, aż Sasuke w niej doszedł. Później pieścili się jeszcze przez długie minuty, nawzajem doprowadzając się do szaleństwa.
Opadli na siebie zdyszani, spoceni i przepełnieni burzą emocji. Pożądanie wciąż unosiło się w powietrzu, a oni całowali się w zapomnieniu. W końcu jednak zaprzestali. Uchiha wyszedł z niej i położył się obok. Przypatrywali się sobie nawzajem w ciszy. Na twarzy dziewczyny błąkał się spokojny uśmiech.
Sakura.
Otuliła jego policzek swoją ciepłą dłonią, masując delikatnie.
Witaj w domu, Sasuke-kun — wyszeptała. W tym momencie czas stracił dla niej na znaczeniu. Żałowała, że nie zostało go wiele, owszem, ale cieszyła ją ta krótka chwila, której oddała się całkowicie. Wtedy poczuła dwa palce na czole.
Wróciłem — powiedział, patrząc w zielone oczy.
Ułożywszy się wygodniej, z trudem powstrzymała łzy. To, co miało się niebawem wydarzyć, przytłaczało ją i przerażało. Miłość będąca tuż obok nie pokrzepiała, ponieważ myśl o jej utracie przeszywała na wskroś. Tak długo czekała. Czekała, aby za chwilę się pożegnać. Zniknąć bezpowrotnie niczym wszystkie krople deszczu zewsząd zalewające świat.
Ubiorę się — powiedziała cicho. Wygramoliwszy swoje drobne ciało z rzuconej byle jak pościeli, Sakura wsunęła na siebie bieliznę. Wtedy głos zabrał Sasuke, nakazując jej założenie suchych ubrań z szafy; nie oponowała. Już po chwili stała przed nim, okryta jasną, zdecydowanie za dużą koszulą, i z zainteresowaniem przyglądała się ubierającemu chłopakowi. Nawet już nie odczuwała skrępowania — a przecież dopiero mu się oddała, pierwszy raz w życiu. Na samą myśl o tym w brzuchu poczuła wzbijające się do lotu motyle. Do wyjątkowo burzliwego lotu.
Wciąż jednak zadawała sobie pytanie. Niedotyczące, jak mogłoby się wydawać, jej losu ani godziny szesnastej siedemnaście. Pytanie, a zarazem prośbę, kierowała do Taiyō. Kunoichi z całego serca pragnęła, żeby bogini każdego dnia dbała o świecące nad Sasuke słońce; aby ciemność nigdy nie powróciła.
Sakura jeszcze przez chwilę obserwowała surowość wnętrza, jednocześnie bawiąc się dłońmi, zanim zaproponowała powrót do łóżka. Ku jej zaskoczeniu, ukochany objął ją prawą ręką. Skórę miał rozgrzaną, bladą, a dotyk przyjemny i ciepły; powolnymi ruchami głaskał dziewczynę po ramionach, twarzy, co jakiś czas wplątywał palce w różowe włosy.
Idylla nie trwała jednak wiecznie.
Czekała — cierpliwa, wygłodniała, czająca się po kątach. Zimna, przebiegła, bezwzględna. Gorzka w swej słodyczy Kostucha. Okrutna bestia o wielu twarzach — jakże błogich i ponurych, pełnych goryczy. Czas jakby się zatrzymał. Tak zupełnie, po prostu; ale sekundy przecież płynęły, wciąż i wciąż, bez końca.
Tik-tak. Tik-tak. Tik-tak.
Mrok towarzyszył jej najpewniej od urodzenia; to nim emanowała, kiedy z ekscytacją odliczała. Kiedy zbierała żniwa, spełniała się w śmiercionośnym przeznaczeniu, oddawała ulubione zdobycze swojej Pani — Shi, bogince witającej u bram Krainy Umarłych.
Duet doskonały.
Zabójczy w swej prostocie, bowiem nie było takiej siły, która stanęłaby im na drodze. Chyba, że okazałyby litość — a okazywały ją rzadko. Zbyt rzadko, aby ktokolwiek śmiał mieć nadzieję. Ale w Sakurze wciąż się tliła. Ten cień szansy, mówiący jej, że mogłaby przeżyć. Zostać Ósmą.
Boję się — wyznała. — I nawet nie wiem, czy bardziej tego, co mogłabym spotkać po drugiej stronie czy tego, że w ogóle odejdę. — Zacisnęła pięść na kołdrze, drugą dłonią obejmując Sasuke w pasie. Wtuliła się w jego klatkę piersiową, przyciskając twarz do policzka chłopaka i wdychając męski zapach, zapach miłości, a Uchiha przyciągnął ją do siebie mocniej.
Nie bądź irytująca — syknął. — Nie wiemy nawet, czy na pewno do tego dojdzie. Jeszcze niczego nie wiemy, nie możemy być pewni. — Łagodnie przeczesywał jej włosy. — Śpij, Sakura. Po prostu śpij.
W rzeczy samej, nie mogli być pewni. Dziewczyna nie mogła być pewna również jeszcze jednej rzeczy — zbyt absurdalnej, aby mogła okazać się prawdą. Nie mogła jednak pozbyć się wrażenia, że cały czas czuła coś mokrego, na policzku, co wcale nie wypływało spod jej powiek.
Łzy?
Nie odważyła się zerknąć wyżej, aby sprawdzić, czy to wyobraźnia spłatała jej figla. Chyba nawet nie chciała wiedzieć. Zamiast tego zamknęła oczy, nabierając dużą dawkę powietrza do płuc; zmęczenie wypełniło jej ciało. Ostatecznie, nim dziewczynę zmorzył sen, podziękowała bogom. Nie za zbliżające się odebranie życia, a za śmierć w objęciach miłości. Śmierć najpiękniejszą ze wszystkich.
Zegar tykał, minuty mijały, a dwoje kochanków pogrążonych było w sennych marzeniach.
Poźniej już nikt nie liczył czasu.

K O N I E C   G O D Z I N Y   S Z Ó S T E J


Od autorki: Pssst, tak tylko przypominam, że przed nami jeszcze epilog. Widzimy się za tydzień! ♥

piątek, 7 września 2018

piąta godzina


Bogowie wiedzą: śmierć jest nieszczęściem.
Inaczej chętnie umieraliby sami.
— Safona


Sakura nie przepadała za zakładem karnym — głównie ze względu na persony, jakie tutaj trzymano — ani za salami przesłuchań. Od lat ich nie konserwowano, czemu dowodziła rdza osadzona na blaszanych elementach tu i ówdzie, a także wilgoć zjadająca ściany. Dziewczyna wyraźnie wyczuwała nieprzyjemny zapach; natychmiast skojarzyła go ze starą studnią. Przez chwilę zastanowiła się nawet, czy rozstawieni po kątach wartownicy zdołali do niego przywyknąć. Nie zadręczała się tym jednak zbyt długo, gdyż jej uwagę przykuwała dziewczyna siedząca naprzeciwko, od której oddzielał ją jedynie jasny stolik.
Asuka Hattori, wyrachowana członkini organizacji zwaną Dozu, w bezruchu obserwowała swoją ofiarę. Niewzruszonym, a zarazem do bólu przenikliwym spojrzeniem, kryminalistka całkiem nieświadomie miażdżyła lichą pewność młodej Haruno. Nie dała jednak poznać po sobie, że odwaga znikała z jej serca z każdą sekundą. Zamiast tego w milczeniu lustrowała kruczoczarne włosy, gdzieniegdzie dopieszczone czerwienią. Zakrywały drobne ramiona i niepokaźne piersi; na myśl przywodziły piekło. Natomiast ciemne, diabelskie oczy kazały Sakurze myśleć, że Asuka mogłaby być córką samej bogini Shi.
To nawet by się zgadzało, pomyślała kunoichi. Jedna zabija, druga zabiera duszę do swojego mrocznego królestwa.
Czuła się przy niej taka mała. Bezbronna. Właściwie to zapomniała nawet, co chciała powiedzieć. Wzrok zbrodniarki pochłaniał ją bez końca. Tłamsił i poniewierał. Im dłużej Sakura siedziała w milczeniu, niespokojnie wodząc po twarzy rozmówczyni, tym lepiej Asuka rozumiała, zarazem radując się i niemal tonąc w narastającej satysfakcji.
Buzię zabójczyni szybko pokrył sardoniczny uśmiech. Uśmiech psychopaty, który dodatkowo zdeptał Sakurę. Mijały tak kolejne minuty, a Hattori coraz bardziej utożsamiała się z Panią Śmierci, prawie doprowadziwszy młodą Haruno do płaczu. Ginęła w tym nieprzyjaznym, surowym pomieszczeniu, zamknięta niczym w klatce, z kobietą o dłoniach zbroczonych krwią, teraz tak po prostu się do niej uśmiechającą, wcześniej nakładając na nią wyrok śmierci.
Do której miało dojść za niespełna dwie godziny.
Wtedy usłyszała podły chichot i naraz oprzytomniała. Myliła się. Odwaga nie znikała, a ustępowała innemu — zupełnie innemu — uczuciu. Drżała i łzy cisnęły się do jej oczu, lecz nie z braku pewności. To nadmiar emocji, gromadzonych aż od momentu przebudzenia, szukał ujścia.
Nienawiść burzyła myśli Sakury, otulała i chłonęła umysł. Wiedziała: w jej sercu nie było już strachu. Natychmiast odzyskała mowę, więc kiedy ponownie wbiła wzrok w tęczówki Asuki, hardo i nieugięcie, warknęła:
Ty suko. — Wstała z niewygodnego, drewnianego krzesła, nie mogąc dłużej wysiedzieć w miejscu. — Mam nadzieję, że przegnijesz tym miejscem do cna zanim zetną ci głowę.
A ja żałuję, że nie dopracowaliśmy tej trucizny — powiedziała Asuka. — Przynajmniej umierałabyś w cierpieniach i nie miałabyś siły kłapać tą jadaczką.
Haruno patrzyła na nią z góry, niemal wgniatając w ziemię i zabijając spojrzeniem. W żadnym wypadku słowa kryminalistki nie przygasiły zapału dziewczyny. Wręcz przeciwnie — zachęciły do dalszej wymiany zdań.
Jak odkręcić działanie tego gówna? Jaki jest skład?
Cisza to jedyne, co przez pierwsze kilkanaście sekund napotkała Sakura. Lustrowała ładną twarz Asuki, czekając na odpowiedź i modląc się do Unmei o szybkie rozwiązanie sprawy.
Nie odkręcisz. Nie da się. Składu nie podam.
Pieprzenie. Na pewno się da, innej możliwości nie ma. Podaj skład.
Od razu usłyszała odmowę. Niemniej nie zamierzała się poddać, choć w głębi czuła, że jej marne nadzieje były co najmniej naiwne i najpewniej wyjdzie stąd z niczym.
Kiedy ty mi to właściwie zrobiłaś? — Naprawdę nie wiedziała. Odkąd powiadomiono Haruno o losie, jaki ją spotkał, nie mogła przypomnieć sobie momentu, w których ową substancję wprowadzono do jej organizmu. Nie znalazła żadnych zranień czy innych śladów, choć w sumie nie oglądała swojego ciała zbyt dokładnie.
Senbon. Nosimy tylko broń pokrytą Roku. Tak nazwaliśmy truciznę. Każde senbon stanowiło wyrok. Rzuciłam kilkoma w waszą stronę, jedno z nich drasnęło cię w bok, czego nawet nie zauważyłaś.
Sakura natychmiast rozpięła bluzę i podwinęła beżową koszulkę, jaką miała pod spodem. Z uwagą przyjrzała się jasnej skórze, aż wypatrzyła delikatną rysę zaraz pod żebrami. Przeklęła siarczyście. Chwila nieuwagi zmieniła w s z y s t k o.
Poprawiła bluzkę, zapięła suwak. Opuściła ręce wzdłuż ciała, ponownie usiadła na krześle i bezwiednie zacisnęła palce na kolanach.
Musi być na to jakieś lekarstwo.
Cholera jasna — syknęła członkini Dozu. — Nie ma! Zrozum. Zresztą Roku nie było nawet dopracowane, jak już mówiłam. Plan był taki, aby potencjalna ofiara przez te sześć godzin zwijała się z bólu i dopiero umarła. Póki co stworzyliśmy tylko coś, co jedynie zabija i nie ma na to sposobu.
Dotąd odnotowano siedem przypadków nieśmiertelnych — zauważyła Haruno. — Co mogło sprawić, że przeżyli?
Nie wiem — odparła szczerze. — Sami byliśmy zdziwieni, gdy trafiła się pierwsza osoba uodporniona na Roku. Prowadziliśmy badania, ale nie wykryliśmy nic, co mogłoby dać odpowiedź.
Kunoichi skinęła głową. Wzrok z uporem wbijała w podłogę, rozważając przeróżne możliwości.
Co powiesz na układ? Podasz skład, otrzymasz wolność. Nikt nie posądzi cię o dokonanie tylu przestępstw. Po prostu cię wypuszczą i będziesz mogła uciec. — Strażnicy obstawieni w kątach pokoju obruszyli się; zszokowały ich słowa Sakury. Asuka również przyglądała się jej badawczym spojrzeniem. Przemyśliwszy propozycję w zaledwie parę sekund, odparła:
Nie masz takiej mocy, żeby uniewinnić mnie po tym, czego się dopuściłam. Nie jestem kretynką.
Mylisz się. Hokage wyraził na to zgodę.
Możliwe ocalenie jednego życia za narażenie na zagładę kolejnych? Pieprzenie — stwierdziła. — Mówię: nie. Poza tym, Różowa. Nie zostało ci wiele czasu, prawda? Obudziłaś się parę minut temu? A może godzin? Radzę ci spożytkować czas, którego masz przecież bardzo mało, na inne sprawy. Nie znajdziesz sposobu, nie łudź się. Tylko marnujesz to, co ci zostało.
Haruno przemilczała wypowiedź dziewczyny, bowiem doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Kontrolnie zerknęła na zegarek zostało osiemnaście minut do piętnastej. Naraz zagryzła policzki i przysięgłaby na wszystkich bogów: poczuła oddech Śmierci na karku. We własnej osobie. Nie myślała nawet, żeby się odwracać.
Powiedz mi ostatnią rzecz. Dlaczego? Po co wam to było?
Robiliśmy to dla przyjemności — odpowiedziała bez zastanowienia. — Żeby poczuć, jak to jest decydować o czymś takim jak ludzkie życie. Żeby napawać się tą bezradnością. Wiesz, jakie to niesamowite uczucie, gdy patrzę teraz na ciebie i wiem, jak bardzo motasz się wewnątrz siebie i błagasz w duchu o litość? To naprawdę przezabawne! — Śmiech Asuki rozległ się po sali.
Haruno jednym ruchem odrzuciła stolik, oddzielający od siebie obie kobiety, gdzieś w bok. W następnej sekundzie stała nachylona nad morderczynią, kurczowo trzymając za kołnierz jej brudno-wrzosowej bluzki. Wartownicy nawet nie zdążyli zareagować, lecz nie trwało to długo. Po pomieszczeniu szybko rozległ się odgłos wysuwanych z kabur mieczy.
Hej, ty! Nie zapominaj, gdzie jesteś — warknął jeden z nich, wysoki, muskularny szatyn. Szare oczy obrzucały ją ostrzegawczym, surowym spojrzeniem. — W tej chwili masz zostawić więźnia i opuścić to miejsce, bo inaczej pogadamy. Chyba nie chcesz kłopotów.
Dziewczyna wyśmiała mężczyznę w myślach, jednocześnie sycąc się wyraźnie widocznym zaskoczeniem w diabolicznych tęczówkach Hattori. Ciężkie kajdany oplatały jej nadgarstki, skazując na bezbronność wobec górującej kunoichi. Ta natomiast z narastającą satysfakcją przyglądała się niepewności na twarzy osoby, która zadecydowała o jej życiu; osoby, której całą sobą nienawidziła.
Powtórzę jeszcze raz: zostaw więźnia i opuść to miejsce. W innym razie będziemy musieli cię aresztować — mówił, natomiast jego głos umykał gdzieś w tle obu kobietom.
Skurwysynów nie brakowało. W istocie nie brakowało, ponieważ historia zawsze uwielbiała udowadniać, że myślących o zabawie w bogów, było na pęczki. Dlatego kiedy Sakura puściła kołnierz Asuki, powiedziała tylko:
Skurwysyny. Później splunęła jej prosto w twarz i wyszła.
Kiedy znalazła się na zewnątrz, nasunęła — właściwie już przemoczony — kaptur na głowę. Kroczyła Konohą pogrążoną w nieustającym deszczu. Przez chwilę żałowała, że nie zabrała parasolki, ale ostatecznie nie miało to już żadnego znaczenia. Szła przed siebie, pozornie bez konkretnego celu, ale zagłębiając się w zakamarki uczuć i wspomnień szybko go odnalazła. Pod bramą cmentarza.
Nie spieszyła się, świadoma goniącego ją czasu. Ani myślała, żeby gnać na złamanie karku przez miejsce spoczynku dusz; miejsca, w którym należyty był szacunek, zaś spokój i nostalgia odgrywały ważne role. Wprawdzie miała jeszcze priorytetową rzecz do dokończenia, a minuty wciąż leciały, ale musiała jeszcze zebrać w sobie dozę odwagi i siły. Otoczenie owiane melancholią uznała za odpowiednie.
Koniec końców, prawdopodobnie miała wrócić tu w naprawdę niedalekiej przyszłości.
Zatrzymała się pod Statuą Woli Ognia. Czerwień, po której spływały grube krople, odznaczała się na tle szarej płyty, wychodząc na pierwszy plan. Rzeźba symbolizująca palący żywioł przypominała o najważniejszych wartościach, iskrzących w sercach shinobi z Konohy.
Miłość. Wiara. Ojczyzna.
Odkąd pamiętała, gdy wyobrażała sobie swój koniec, widziała dwa obrazy. Pierwsza perspektywa niosła za sobą poświęcenie w obronie przyjaciół na polu bitwy. Najbardziej chwalebne odejście z tego świata, wyrażające o człowieku więcej niż całe jego życie. Druga opcja należała do tych zwyczajnych, zarazem najprzyjemniejszych; śmierć w starczym wieku, w otoczeniu dzieci i wnucząt. Tak po prostu. Nie sądziła, że będzie to wyglądać zgoła inaczej, że przez nieuwagę i truciznę pożegna się z życiem.
Niespodziewanie targnął nią szloch. Żałowała. Wyrzucała sobie nieostrożność. Myślała, że już zdążyła oswoić się z sytuacją, lecz im dalej w las, tym ciężej to znosiła, choć zawzięcie przed tym uciekała. Rozejrzała się wokół, sunąc wzrokiem po zadbanych grobach całego mnóstwa ludzi. Niesłabnący deszcz wnikał w ziemię, w której mieszał się z wylanymi tutaj przez te wszystkie lata łzami.
Ostatnim razem odwiedziła cmentarz niedługo po zakończeniu IV Wielkiej Wojny Shinobi. Doskonale pamiętała, z jaką stratą zmagali się jej uczestnicy. Wraz z przyjaciółmi wiele tygodni spędzili na wspieraniu Ino i Shikamaru oraz opłakiwaniu Nejiego Hyūgi, a także wielu innych.
Przygryzła wargę.
Sasuke-kun, pomyślała. Nie potrafiła wyobrazić sobie ciężaru, jaki nosił w sercu. Pewnej nocy zwierzył jej się ze wszystkich myśli, kłębiących się w jego głowie po utraceniu rodziny, ale wiedziała, że to za mało, żeby prawdziwie poczuć to samo i w pełni zrozumieć.
Naraz uświadomiła sobie, co powiedziała Tsunade. Zanim wyszła ze szpitala, zapytała jej jeszcze, czy Sasuke wciąż przebywał w wiosce.
Nie wiem — odpowiedziała.
Piąta nie wyraziła ani grama zaskoczenia obecnością Uchihy w Konoha. Nawet o to nie zapytała. Kakashi przecież zakazał Sakurze mówienia o jego wizycie komukolwiek, ale Senju wiedziała. A skoro ona o tym wiedziała...
Och, Naruto — mruknęła sama do siebie. Nie zająknął się ani słowem na temat przyjaciela, co nie leżało w naturze Uzumakiego. Dlatego nawet go o nic nie podejrzewała.
Sakura zaś znała Sasuke. Lepiej niż mógłby przypuszczać i tego, czego była najbardziej w świecie pewna, to że nie stronił od ludzi tylko dlatego, że tak bardzo upodobał sobie samotność.
Sasuke Uchiha nienawidził poczucia straty.
Dlatego dawniej zrywał więzi zanim zostały zbudowane.
Ze ściskiem w gardle ruszyła przez alejki cmentarza. Zbliżała się do wyjścia, kiedy spojrzała na zegarek i z przerażeniem stwierdziła, że miała niewiele ponad godzinę. Godzinę na w s z y s t k o.
Po przekroczeniu bramy przystanęła jeszcze na chwilę i odwróciła się. Obrzuciła spojrzeniem drogę między nagrobkami. W pierwszym odruchu chciała przetrzeć oczy, ale zamiast tego zamrugała kilkakrotnie. Stał tam. Daleko, daleko stąd, na samym końcu chodnika. Czekał i obserwował z rozkoszą — Upiór o błogiej, ponurej twarzy. Uśmiechał się do niej.
Zacisnęła pięść i pobiegła. W stronę zupełnie przeciwną niż Śmierć, morderczym tempem, bez zastanowienia. Zdeterminowana jak nigdy. Wbiegła w kolejną już kałużę, znowu pozwalając wodzie nalać się do butów. Wyjący wiatr zsunął kaptur z głowy Sakury, a mokre pasemka przyklejały się do jej twarzy.
Gwałtownie skręciła w ostatnią uliczkę dzielącą ją od Sasuke.
Po dotarciu na miejsce, zaczęła nerwowo pukać w drzwi.
To ten moment, pomyślała. Powiem mu wszystko. Wszystko. Nie poddam się.
W końcu otworzył.
Sakura.
Uważnie zmierzył przemoczoną dziewczynę wzrokiem. Nic nie mówił, jedynie patrzył. Być może nawet nie wiedział, co mógł powiedzieć, a być może zwyczajnie nie chciał. A może czekał na to, co zamierzała przekazać mu Sakura.
Wzięła głęboki wdech, czując oszalałe uderzenia serca.
Bum. Bum. Bum.
Sasuke-kun, musimy porozmawiać — zaczęła. — Musimy.
Niczego nie musimy.
Zmarszczyła groźnie brwi. Wtargnęła do środka, bez ostrzeżenia, popychając Uchihę w głąb przedsionka. Kątem oka spostrzegła mokre ślady na podłodze, najpewniej pozostawione przez nią niedawno. Po chwili jednak straciły jej zainteresowanie.
Musimy — powtórzyła. — Musimy, bo została mi już tylko godzina. I ty o tym wiesz. Wiesz, co się stało. Rozmawiałeś z Naruto, prawda?
Nie odpowiedział. Zamiast tego zamknął drzwi i rzucił jej przeciągłe spojrzenie.
Wiedziałam.
Ruszył w stronę swojego pokoju przez salon, nieśpiesznie, niemal ociężale. Sakura nie odstępowała go na krok. Próbowała skupić się na delikatnych ruchach jego pleców i silnych ramion. Na próżno. Bała się jak jeszcze nigdy w życiu. Zarazem poczuła nagły przypływ siły, kiedy tylko odwrócił się gwałtownie i wbił czarne oczy w jej, zielone.

K O N I E C   G O D Z I N Y   P I Ą T E J


piątek, 31 sierpnia 2018

czwarta godzina

I jedno wiemy tylko.
I nic się nie zmienia.
Śmierć chroni od miłości,
a miłość od śmierci.
— Jan Lechoń


Nie zlękła się ani na moment, przemierzając ulice między kolejnymi domami. Była blisko. Zaledwie kilkanaście metrów dzieliło ją od celu. Niemniej jednak, pomimo prób zachowania nieugiętej postawy, w sercu Sakury zaczął narastać niepokój. Niemal przystanęła, lecz naraz zerwał się wiatr, silny i chłodny, nieprzyjemny. Złowieszczy. Szła więc dalej, odnosząc wrażenie, że gdyby tylko zwolniła, na jej plecy wpadłby ktoś... albo coś, z czym jeszcze nie zamierzała toczyć boju o życie.
Nie zauważyła, kiedy betonowy chodnik przeobraził się w brukową kostkę, a teren wokół przybrał postać zrujnowanych budynków, martwych drzew i zupełnej pustki. Pomimo upływu lat nikt nie zadbał o dzielnicę na obrzeżach wioski, dawno temu zniszczoną podczas bitwy. Na myśl o tym Sakura poczuła żal, co więc mógł czuć Sasuke? W istocie — życie z tego osiedla odeszło na długo przed zrównaniem jego większej części z ziemią, ale czy cokolwiek to zmieniało? Dziewczyna natychmiast potrząsnęła głową, bowiem niespodziewana wizja cierpienia Uchihy okazała się nazbyt przygnębiająca.
Na próżno szukała słońca na niebie, które już dawno powinno górować. Usilnie skrywały je szare chmury. Grube krople spadły na jej twarz i spłynęły po policzkach. Wtedy się zatrzymała. Po lewej wznosiła się drewniana brama, za którą stała niemała chata. Rezydencja właściwie, w połowie zburzona. Znajoma. Rodzinne progi Sasuke nie były dla niej obcym miejscem za czasów Drużyny Siódmej. Wprawdzie nie bywała tam często, ale w myślach nadal potrafiła odtworzyć układ pokojów wewnątrz budynku. Nieraz niespodziewanie razem z Naruto odwiedzała Uchihę, a kiedy ani myślał o wyjściu z nimi — wpraszali się do środka.
Serce Sakury, niejako martwe, łomotało w piersi jak oszalałe. Poczuła to już dawno; jego. Ta sama aura, nieporuszona, niemal zszarzała i nieludzka. Otuliła ją tak niedawno, zaledwie przed godziną. Na bogów, pomyślała dziewczyna. Dam radę. Wzięła głęboki wdech. W kilku krokach pokonała odległość chodnika i dotarła do drzwi. Zapukała. Raz. Później drugi.
Sasuke nie otworzył.
Przelotnie rzuciła oczyma na zegarek. Pozostało jakieś dwadzieścia osiem minut do czternastej.
Cholera jasna.
Ponownie spróbowała zwrócić na siebie uwagę lokatora, lecz okazało się to co najmniej daremne. Gdyby nie czuła obecności Sasuke w pobliżu, pomyślałaby, że dom stoi pusty. Jego chakra jednak odznaczała się zbyt wyraźnie na tle opustoszałego osiedla. Nie podjął nawet starań, żeby ukryć swój pobyt w tym miejscu. Jawnie ignorował Sakurę, co w efekcie ją wzburzyło. Kiedy jednak jej dłoń bezwiednie powędrowała ku klamce, otworzyła drzwi bez trudu. Nie zamknął ich. Być może nie liczył na to, że ktokolwiek mógł tu zawędrować. Kunoichi zastanowiła się nawet, czy za to zrządzenie nie podziękować Unmei, ale w głębi odczuwała do niej żal za los, jaki ją spotkał.
Po wejściu do środka odniosła wrażenie jakby ściany przestrzegały: wyjdź stąd. Nie wyszła. Przeszła wgłąb niedługiego korytarza, mijając zakurzone meble i stare ozdoby, na których czas odznaczył swoje piętno. Nawet na starym zdjęciu rodzinnym spostrzegła pęknięcie — przebiegało jedynie przez trzech członków, począwszy od Itachiego, na Fugaku kończąc; rysa ominęła jeszcze małego, radosnego Sasuke. Idąc dalej obserwowała zniszczenia, jakie posiadłość odniosła przed laty, za czasów istnienia Akatsuki. Doza nostalgii i wspomnień unosiła się w powietrzu.

Dziesiątki dmuchawców wzbiło się w powietrze, kiedy Naruto energicznie wbiegł w wysokie trawy nieopodal włości ich przyjaciela. Znajomy zapach, świeży i kwiecisty, szybko otulił go zewsząd, jeszcze bardziej podnosząc na duchu.
Naruto, głupku! — krzyknęła za nim Sakura. Obserwowała jego poczynania, kręcąc głową. — Tu jest ścieżka. Nie musisz deptać tych biednych roślin.
Ale, Sakura-chan, tak będzie szybciej, a Sasuke nie ma nic przeciwko. Sam tędy nieraz przechodził.
Ciche westchnienie wydobyło się z krtani młodej Haruno. Postanowiła odpuścić, niemniej nie raczyła postąpić tak jak chłopak. Wybrała okrężną drogę — nie zamierzała przyczyniać się do dewastowania dzielnicy, w której życie straciło tyle osób.
Pod drzwi podeszli prawie w tym samym czasie, głównie dlatego, że Naruto po drodze wywinął kozła, potknąwszy się o jakiś większy kamień. Zapukali, a po chwili wpuszczono ich do środka rezydencji.
Sasuke, słuchaj! — Naruto, przechodząc przez próg, złożył ręce z tyłu głowy. Sakura weszła zaraz po Uzumakim, a Sasuke zamknął za nią drzwi. — Przynieśliśmy ramen. Takiego jeszcze nie jadłeś, dattebayo! To nowy smak, jest przepyszny.
Mam lodówkę, głąbie. Tak, tak, możecie się rozgościć.
Sakura zachichotała i zupełnie jak Naruto wślizgnęła się do salonu, do którego po chwili wkroczył również Uchiha.
Mówiłam mu, że to niepotrzebne, ale sam wiesz jaki jest Naruto. — Usiadła na wygodnej kanapie i jej wzrok powędrował na jedną z jej ulubionych ozdób tego domu; piękne lilie w cynamonowym wazonie, białe i rozłożyste. Uwielbiała te kwiaty.
Wszakże czuła się nieswojo, gdy przyglądała im się zbyt długo — znad bujnych płatków i łodyg wyglądała rodzina Sasuke z paru zdjęć zawieszonych na ścianie. Nie tylko rodzice i brat, ale także inni krewni. Wszyscy za szybkami, wszyscy od dawna nieżywi, tak samo apatyczni. Najbardziej nieprzyjemny wzrok — wyjątkowo przenikliwy i oschły — zdecydowanie należał do głowy rodu, Fugaku Uchihy. To właśnie jego fotografie wzbudzały w Sakurze najwięcej ponurych odczuć.
Ciekawe co przygotował dla nas Kakashi-sensei na jutro — powiedział Naruto.
Mówił, że mamy być dobrze przygotowani i wypoczęci — dodała Sakura. — No i sama misja ma trwać około tygodnia, ale nie przedstawił więcej szczegółów. — Prychnęła z oburzeniem, składając ręce na piersi.
Niezależnie od tego, co nas czeka, dla mnie, przyszłego Hokage, to będzie bułka z masłem.
Wtedy rozległo się kolejne prychnięcie, tym razem pełne kpiny.
Powodzenia, młocie. Koniec końców to ja będę musiał wyciągać cię z tarapatów. — Sasuke minął obszerny fotel i bezszelestnie wsunął się do kuchni. — Robię herbatę. Chce ktoś?

W końcu stanęła w progu zaciemnionego, utrzymanego w wyblakłych kolorach pokoju. Nie przeszkodziło to jednak Sakurze w dostrzeżeniu ukochanego, siedzącego w kącie na podłodze, uważnie studiującego jakieś papiery. Natychmiast rozpoznała krucze włosy, kontrastujące z jasną karnacją. Pojedyncze kosmyki przysłaniały oczy i usilnie skrywały twarz. Długo ich nie przycinał. Najchętniej odgarnęłaby je dłonią, zaczesała i chłonęła obraz Sasuke bez końca.
Patrząc na niego, wiedziała: chciała żyć.
Nie pozwoliłem ci wejść. — Nie obrzucił jej nawet najkrótszym spojrzeniem. Zamiast tego sięgnął po niewątpliwie stary zwój ze stolika i rozwinął go.
Sasuke-kun. — Bezwiednie złączyła dłonie. Mozolnym krokiem wsunęła się do pokoju. Jeszcze kilka lat temu, kiedy Sakura i Naruto nachodzili przyjaciela, otwierał im drzwi. Niby niechętnie zapraszał do środka, czasem nawet ugościł. — Dlaczego?
Powiedziałem — wstał z podłogi i ruszył ku półce na książki — że spotkamy się następnym razem. Teraz nie mam czasu.
Sakura również go nie miała. Zabrakło jej jednak sił, aby to z siebie wydusić. Nie potrafiła mu się postawić. Nawet po takim czasie. Ale nadal chciała cieszyć oko jego widokiem, chociaż jeszcze przez parę minut, dlatego zamierzała chociaż spróbować. Zupełnie jak pewien odważny heros, o którym mawiały legendy. Sakura nie pamiętała jego imienia, ale wiedziała, że serce powierzył Rimawari. Pomimo wiernego oddania bogini Shizenowi i jej sprzeciwom, biedak bez końca próbował zwrócić na siebie jej uwagę, obierając za cel niemożliwe.
Nad czym tym razem pracujesz? Wciąż nad tym samym?
Tak.
Ostatnim razem, gdy odwiedził Konohę, mówił więcej. Nawet sam z siebie zaczął opowiadać o podróży, przygodach i ludziach, jakich spotkał. Wtedy też, gdy bardziej dopytała, choć nie powinien, udzielił jej tylu informacji, że musiała układać je sobie po kolei w głowie. Wyznał jej wszystko na temat światów Kaguyi, rozległych, niebezpiecznych i zupełnie różnych od siebie, które zwiedzał miesiącami. Rozmawiali całą noc aż do świtu, a gwiazdy ich słuchały.
Tym razem Sakurę musiały zadowolić krótkie, zdawkowe odpowiedzi. Mimo to odczuwała szczęście, bowiem tak dawno nie słuchała jego głosu, zupełnie jakby tysiąclecia dzieliły ją od jego ostatniego pobytu w domu.
Sakura — usłyszała. Naraz przybrała wyprostowaną niczym struna postawę i podeszła bliżej. — Wyjdź już.
Młoda Haruno liczne historie o nieznanym jej z imienia, zakochanym w Rimawari herosie pamiętała jak przez mgłę. Kojarzyła zaś jedną — niedługą, mówiącą o tym, jak to bohater po kolejnym odrzuceniu w końcu odpuścił. Tak po prostu, zwyczajnie. Niedługo po tym umarł w tęsknocie, ale zaznawszy spokoju w ostatnich latach, bowiem nie robił sobie już złudnej nadziei.
Tak też postanowiła postąpić Sakura. Odrzucić mrzonki i odejść. Dlatego posłuchała Uchihy, przed tym mówiąc jeszcze:
Chciałabym tylko... żebyś niebawem wrócił do domu już na stałe. Tu nadal jest Naruto i zawsze będzie na ciebie czekał. Tak bardzo za tobą tęsknił. Ja też tęskniłam, Sasuke-kun.
Wbiła wzrok w czarne tęczówki, te, w których widziała w s z y s t k o. Chciała zabrać ich obraz ze sobą już na zawsze. Następnie wyszła. Kiedy zamknęła za sobą drzwi, najciszej jak tylko się dało, wybiła trzynasta czterdzieści trzy. Z żalem zrozumiała, że czasu miała już bardzo niewiele — szesnasta siedemnaście zbliżała się coraz bardziej, z każdą sekundą obdzierając Sakurę z resztek złudzeń.
Chciała jednak jakoś spożytkować te ponad dwie godziny. Bynajmniej nie zamierzała siedzieć bezczynnie i czekać, aż wskazówki na tarczy dotrą do tego jednego punktu. Ruszyła od razu. Zdecydowanym krokiem opuściła Dzielnicę Klanu Uchiha, choć czuła, jak coś w jej wnętrzu bezpowrotnie pękało.
Nie tak miała przebiec ta rozmowa, nie chciała tak szybko odpuścić. Tymczasem znowu mu uległa, bez sprzeciwu, tak po prostu. Dlatego też coraz większe obawy narastały w jej umyśle, im bardziej zagłębiała się w Konohę, zamierzając zrealizować kolejne zadanie. Z ulgą jednak stwierdziła, że został jej jeszcze długi odcinek drogi, nim dotrze do centrum. Dzięki temu mogła na spokojnie ułożyć sobie w myślach plan rozmowy, która zbliżała się nieubłagalnie. I chociaż skrycie niemal pragnęła tej rozmowy, nie potrafiła opanować niespokojnego kołatania w klatce piersiowej oraz coraz większych wątpliwości.
Mimowolnie zwolniła tempo, gdy zbliżała się do znajomej kwiaciarni. Ludzi wokół nie kręciło się zbyt wielu. Raczej unikali deszczu, schowani w ciepłych domach lub pobliskich barach. Kunoichi początkowo nie planowała iść tą alejką, ale sentyment wziął górę. Uwielbiała spokojne popołudnia, podczas których przesiadywała nawet godziny w Kwiaty Yamanaka, pożytkując czas na soczystych plotkach i żartach z przyjaciółką, a także podziwiając wielokolorowe bukiety na wystawach. Choć Sakura stała na chodniku, odgrodzona od wnętrza sklepu wielkimi oknami, mogła wręcz przysiąc, że naraz poczuła ten przyjemny zapach. Przywodził wspomnienia ze wszystkich lat, nawet tych najmłodszych, gdy wraz z Ino były jeszcze dziećmi. Nie dostrzegła wewnątrz ani przyjaciółki, ani jej matki.
Wiesz, Hanako, chyba kupię mamie te zawilce — powiedziała jakaś młoda brunetka, również wpatrująca się w szybę kwiaciarni. Obok stała druga dziewczyna o zdecydowanie jaśniejszych włosach. Kunoichi wcześniej zupełnie ich nie spostrzegła, zbyt pogrążona w swoich myślach.
Kupuj, kupuj. Są śliczne — zgodziła się blondynka. — Właściwie to... Nie kupiłam wcześniej żadnej wiązanki dla Daikiego, a jutro mija kolejny rok odkąd go nie ma. Czas tak strasznie pędzi.
Pędził — w istocie.
Tyle bym dała, żeby... Sakura nie pozwoliła sobie na dokończenie tej myśli.
Z odczuwalną nostalgią wznowiła chód, pozostawiając to miejsce daleko za sobą i uciekając od nadmiaru obrazów z przeszłości. Po paru głębszych wdechach i kolejnych minutach dotarła do jednego z największych budynków Konohy — administracyjnego, w którym mieściło się biuro Hokage.
Sakura — wydukał Szósty na widok byłej uczennicy. Nie musiał mówić więcej, żeby Sakura wiedziała, że miał doskonałe rozeznanie w sytuacji; jako dowódca wioski przyjmował raporty z misji, dokładnie zapoznając się z ich przebiegiem.
Kakashi-sensei. Nie przyszłam się żegnać, w końcu oboje tego nie lubimy. — Hatake skinął głową w zrozumieniu, w duchu przyznając jej rację. Mężczyzna nie wydał się jednak zaskoczony takim obrotem spraw, jakby doskonale wyczuł intencje dziewczyny. Pożegnania należały do jednych z najtrudniejszych momentów w życiu i często nie wymagały żadnych słów. Rozsiadł się więc wygodniej w fotelu, podparł brodę na splecionych dłoniach i wbił wzrok w kunoichi. — Czy coś od nich wyciągnięto? Od tych z Dozu? Jakiekolwiek informacje, które mogłyby...? — Natychmiast urwała zdanie, widząc smętne spojrzenie Hokage. Kiedy zaś przerwała i nadal siedział bez słowa, a oczy spuścił w dół, nawet nie dopytywała.
Będziemy próbować.
Zostały mi raptem dwie godziny — wcięła się. — Nawet jeżeli cokolwiek od nich wyciągnięcie, nie starczy już czasu na przyrządzenie antidotum, jeżeli takowe w ogóle istnieje.
Kiedy ostatni raz rozmawiała w tym gabinecie z byłym mistrzem, dostarczono jej najpiękniejszą od miesięcy informację — o powrocie Sasuke. Tego dnia natomiast nie usłyszała nic, co mogłoby ją jakkolwiek pokrzepić, a w tym przypadku milczenie było piekłem. Sakurze pozostało już tylko modlenie się do dawno zapomnianych bogów i nadzieja na to, że Unmei przychylnie pokieruje jej losem.
W głębi serca wciąż liczyła na to, że zostanie ósmą osobą, choć zarazem z każdą kolejną sekundą wątpiła coraz bardziej.
Mam prośbę, Kakashi-sensei.
Zgodził się. Bez pytań. Bez sprzeciwów. Uszanował życzenie Sakury, wydał pozwolenie i udzielił jeszcze kilku niewielkich informacji.
Kiedy wychodziła, rzuciła tylko:
Dziękuję za wszystko.
Do kolejnej godziny zostało zaledwie siedem minut, a tyle wystarczyło, żeby z biura Hokage przedostać się do zakładu karnego. Tam spotkała Ibikiego Morino — prowadzącego jak dotąd nieudane przesłuchania członków Dozu. Wpuścił ją za okazaniem stosownego świstka.
Z Asuką Hattori proszę.
Sakurze już dawno tak bardzo nie łomotało serce.

K O N I E C   G O D Z I N Y   C Z W A R T E J


Od autorki: Tum-dum-dum. No to szykuje się konfrontacja. Jak myślicie, Sakurze uda się coś wyciągnąć? Może znajdzie sposób, żeby pozbyć się trucizny, hyyym? Albo nie. Hyhy. Któż to wie?

PS Powiem Wam, tak w tajemnicy, że imię Asuka wcale nie przez przypadek kojarzy się z pewnym pięknym polskim określeniem. ;)
LAYOUT BY OKEYLA